30 lis 2013

Makijaż jednym cieniem - Catrice C'mon Chameleon! (odpowiednik Mac Club).

Makijaż jednym cieniem - Catrice C'mon Chameleon! (odpowiednik Mac Club).
Chwilę temu pokazywałam Wam odpowiednik cienia Satin Taupe, a dziś chciałam zaprezentować coś bardziej znanego:
Catrice C'mon Chameleon, czyli zamiennik cienia Club z Mac'a.



Cień znów nakładałam solo, jedynie wewnętrzny kącik podkreśliłam rozświetlaczem.
Kolor cudownie podbija piwny i brązowy kolor oczu (mi co chwila się zmienia :P), ale przy mojej bladej cerze wygląda dość wulgarnie kiedy twarz nie jest wykonturowana. 
If you know, what I mean.
Cień na tyle kontrastuje z kolorem mojej buzi, że niestety bez podpicowania twarzy, nie daje mi zadowalającego efektu...
Za to z bronzerem prezentuje się idealnie!








I jak się podoba? :)


P.S.: Bronzer jest dobrze roztarty, nie wiem czemu na zdjęciach wyskoczył efekt przemalowania. :(

27 lis 2013

Porządny nawilżacz na jesień i zimę - Balsam Palmers Cocoa Butter.

Porządny nawilżacz na jesień i zimę - Balsam Palmers Cocoa Butter.
Na ten balsam czaiłam się już dłuższy czas, ale ze względu na skrajne opinie o nim, wstrzymywałam się przed jego kupnem.
Natrafiła się jednak okazja, podczas wakacyjnej wizyty w Londynie, gdzie produkt w promocji kosztował około 3-3,5 funta. 
Cena wydała mi się na tyle korzystna, że nie wahałam się ani chwili... 
Za co do dzisiaj sobie dziękuję. :)


Plusami tego kosmetyką są:

+ Miłe dla oka opakowanie - U mnie ze skrajności w skrajność: lubię i te przesłodzone, napchane wszystkimi możliwymi zdobieniami, i te proste w stylu, bez żadnych udziwnień. 
Palmer's jak widzicie zalicza się do drugiego typu. :) 


+ Pompka - Która od zawsze jest dla mnie wygodniejsza niż zwykły dozownik.
Nie zacina się i ma zatrzask blokujący przed wylaniem się produktu. 


+ Mocne nawilżenie - Tak jak wspominałam Wam przy projekcie denko, jest to dla mnie cięższy odpowiednik balsamu L'oreala Nutrilift. Stopień nawilżenia mają dla mnie ten sam, czyli... Najlepszy z najlepszych. :) Dzięki tym dwóm produktom już dawno zapomniałam co to znaczy mieć suchą skórę, a musicie wiedzieć, że jestem (byłam?) prawdziwym wiórkiem kokosowym.

+ Rzeczywiście opala ciało! - Podczas kupna, nie zależało mi na tym wcale. Byłam skupiona bardziej na nawilżeniu. Mimo to, nie mogę nie wspomnieć, że przy codziennym stosowaniu i częstym peelingowaniu się, przyciemnił mi skórę aż o dwa tony!
Byłam w szoku. 
Opalenizna prezentowała się bardzo naturalnie i została jeszcze na jakiś czas po ostatniej aplikacji. 


+ Skład - Jest całkiem do rzeczy. Nie będę się jakoś szczególnie nad nim rozdrabniać, bo ekspertem nie jestem. Ale jak możecie zauważyć, na pierwszym miejscu mamy wodę, a już zaraz po niej ekstrakt z kakao.


+ Nie bawi się w reżysera - I nie zostawia filmu. Nie lubię tego uczucia, ponieważ czuje się wtedy wiecznie brudna.Ten balsam na szczęście tego nie robi i po wchłonięciu nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy. Za to mam pewność, że chroni mnie przez cały dzień, ponieważ podczas kąpieli, czuje jak produkt spływa razem z wodą... Lubie to!

+ Wydajność - To również spory plus tego kosmetyku. Ja nie używałam go jakoś specjalnie oszczędnie, a całe (400 ml) opakowanie wystarczyło mi na ok. 1,5-2 miesięcy codziennego użytku.

+ Dla bardziej wyczulonych na składy - Nie posiada parabenów. :)

+ Przyjemna aplikacja - Kosmetyk mimo swej treściwej konsystencji, pod wpływem ciepła, ładnie i bezproblemowo rozprowadzał się na skórze. Nie musiałam się jakoś specjalnie namachać żeby dotrzeć gdzie trzeba. :)


+ Przepiękny zapach! - Który na pewno nie będzie dla każdego.
Sama jestem miłośniczką intensywnych, słodkich zapachów (czym silniejsza woń, tym lepiej). Palmer's zdecydowanie jest jednym z najbardziej pachnących produktów do ciała, jakie miałam okazję testować. 
Nuta kakaowa jest tutaj podstawą, jest niesamowicie intensywna i całkiem trwała, jednak nie jest przesłodzona/sztuczna. Jestem pewna, że od teraz,z okresem jesienno-zimowym, będzie kojarzył mi się właśnie ten zapach.
Mmmm.... :)


Jeśli chodzi zaś o wady tego produktu, to znalazłam jedną, ale dość istotną:
Kiedy w opakowaniu zostało jeszcze 1/4 produktu, musiałam je rozcinać, ponieważ pompka nie wyłapywała tego co zostało w środku....
A przecież nie zostało wcale tak mało!
Przez to woda szybciej uciekała i produkt z wierzchu zasychał, co trochę mnie zniesmaczyło.
Na szczęście udało mi się go zużyć do samego końca.


Podsumowując:

Mimo tego jednego mankamentu, uważam że firma Palmer's odwaliła kawał dobrej roboty. 
Z chęcią kupię produtkt ponownie. Jestem pewna że nie raz do niego wrócę, a to głównie za sprawą mocnego nawilżenia, pięknego zapachu i dobrej konsystencji.
Balsam też skutecznie zachęcił mnie do spróbowania innych kosmetyków tejże firmy.
Jeśli szukacie czegoś dobrego na zimę i lubicie intensywne zapachy - polecam spróbować.
Koszt w PL: +/- 25 zł


A Wy miałyście do czynienia z tym, bądź innym produktem Palmer'sa?
A może macie już swoich zimowych faworytów?
Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!



23 lis 2013

Makijaż jednym cieniem - Catrice My First Copperware Party (Odpowiednik MAC Satin Taupe).

Makijaż jednym cieniem - Catrice My First Copperware Party (Odpowiednik MAC Satin Taupe).
Jakoś tak się dzieje, że ostatnio stawiam na delikatne makijaże, niespecjalnie rzucające się w oczy.
A przy okazji ostatnich zakupów nabyłam cień z Catrice o nazwie My First Copperware Party, który ma być dobrym zamiennikiem Mac'a Satin Taupe. Ja niestety tego drugiego nie posiadam, jednak porównania znajdziecie u Naszego, kochanego wuja - Google. :)

Na zdjęciach, cień w kasetce, nie chciał pokazać swych różowych tonów, ale za to dobrze zaprezentował swą brązowo-rudą twarz.



Najlepiej rzeczywisty efekt widać na powiece. 



Makijaż był robiony wyłącznie tym jednym cieniem, jednak w wewnętrznym kąciku nałożyłam go odrobinę, a w zewnętrznym już zdecydowanie więcej. 





Do tego dołożyłam bardzo delikatną kreskę, oraz prawie bezbarwny błyszczyk z Revlon'a (206 Snow Pink) i mogłam wychodzić. :)



Zdjęcia były robione w różnym świetle dla kompletnego oddania efektu. 



Mam nadzieję, że makeup przypadł do gustu.
 A jeśli jesteście posiadaczkami jednego z tych cieni, napiszcie koniecznie jak się u Was sprawdzają. :)

21 lis 2013

Shiny Box'y - przedstawienie listopadowego i krótka recenzja październikowego 2013.

Shiny Box'y - przedstawienie listopadowego i krótka recenzja październikowego 2013.
Jeeej! Dzisiaj zawitał do mnie listopadowy Shiny! 


Strasznie się cieszę, ponieważ to kolejne pudełko, które sprostało moim oczekiwaniom.
Jestem bardzo zadowolona z każdego produktu, który znalazł się w paczce!


1. La Rosa, Cień mineralny.
Dostałam go w cudownym zielonkawo-złotym kolorze ( Emerald ), już go otwierałam i jestem zachwycona miałkością produktu, lepiej zmielonego cienia nie macałam.

2. La Rosa, Lakier do paznokci.
Mi wpadł piękny odcień (106) stonowanej czerwieni z domieszką bordo. Kolor uniwersalny, na pewno będzie fajnie prezentował się na moich paznokciach. 

3. Mariza, Puder ryżowy.
Od dawna chciałam spróbować, ale zawsze było mi nie po drodze. Już mam więc wykorzystam. :)

4. BingoSpa, Maska do twarzy z olejkiem migdałowym. 
Z BingoSpa posiadam peeling z kwasami i bardzo go sobie chwalę, więc i na widok tego produktu się ucieszyłam. Jutro będzie miała debiut. :)

5. AA, Balsam do ciała.
Shiny chyba wie co mi się kończy. :)) W swoich zasobach mam oliwkę, oraz lotion do ciała. Na oliwkę nie zawsze jest czas, a lotion zaś, jest za lekki. O firmie AA wyrobiłam sobie dobrą opinie, więc oczekuje samych pozytywów. 

+ Za same pełnowymiarowe produkty!


A teraz, cofając się miesiąc wstecz...


Z tej maseczki cieszyłam się najbardziej.
Na początku miałam pewne problemy z nią (strasznie obciążała mi włosy), 
ale w końcu ogarnęłam metodę na odpowiednie nakładanie jej i jestem zadowolona z efektów. Dobrze nawilża włosy, ma bardzo przyjemną konsystencje i jest niesamowicie wydajna. 


SecheVite to ja Wam chwaliłam już jakiś czas temu, więc myślę, że dużo pisać nie muszę - Życie bez niego już nigdy nie będzie takie samo. Więc musi być stale obecny w moim, lakierowym zbiorku. :)


Nastawiłam się na dobre efekty tej maski, co spowodowało, iż się zawiodłam.
Niestety ale nie robi z moją buzią kompletnie nic. Przed użyciem, po użyciu - ZERO różnicy.


Szampon, tak jak myślałam, nie usunie mi problemu po 4 myciach (na tyle mi starczył), jednak nie obciążył mi włosów i nie podrażnił skóry głowy, co jest w moim przypadku, bardzo istotne.


Przyznaje (bez bicia), że jeszcze ich nie otworzyłam.
Jeśli tylko to zrobię (a mam zamiar już niedługo), to edytuje post i dopiszę moje wrażenia. 


A o tym gagatku pisałam wczoraj przy okazji denkowców, więc tam Was zapraszam. [klik!]

A Wam jak podoba się listopadowy ShinyBox?
Używałyście któregoś z wymienionych dziś produktów?


20 lis 2013

Ostatnie DENKOwce. :)

Ostatnie DENKOwce. :)
Denka na blogu już dawno nie było, więc najwyższy czas aby pokazać, co udało mi się wykończyć. 

Zacznijmy od pielęgnacji twarzy:


1. Shauda, Krem na noc, dla normalnej i suchej skóry. 
Zużyłam go, bo trzeba było, nakładałam według zaleceń producenta, jednak produkt nie zrobił nic specjalnego z moją buzią, nie nawilżył, nie zmiękczył za specjalnie... Dobrze chociaż, że nie zapchał. Konsystencja była treściwa i bardzo kremowa, zapach dość neutralny.

2. Dermedic, Hydrain3 Hialuro, Maska nawadniająca, dla skóry suchej.
Znów bez szału. Staniki nie latały. Stosowałam tę maskę i na 15 minut i na całą noc, a różnicy wielkiej nie zauważyłam. Może delikatnie nawilżyła i zmiękczyła twarz, ale nie był to efekt zadowalający dla mnie. 
Do tego miał konsystencje balsamu do ciała, która po zaschnięciu na buzi robiła się śliską maską, która nie pozwalała oddychać twarzy. 

3. Nivea, nawilżający krem na dzień, Aqua Sensation.
To to już w ogóle bubel. Po pierwszym użyciu tak mnie zapchało, że bałam się używać tego nawet do stóp. Konsystencja identyczna jak w przypadku maski z Dermedic.

Szczęścia do nawilżaczy twarzy coś ostatnio nie mam. :(


Dalej mamy:


1. Perfecta, Maseczka "Słodkie migdały".
Nareszcie coś co się sprawdziło! Ta maseczka wynagrodziła mi wszystkie produkty, które opisałam wyżej. 
Po wcześniejszym peelingu, dawała natychmiastowy efekt nawilżenia i niesamowitego zmiękczenia buzi. 
Żadna maseczka nie zmiękczyła mojej twarzy do tego stopnia.
Konsystencja była bardzo przyjemna, "bogata", a zapach słodki, miodowy. Bardzo odprężający.
Polecam z czystym sumieniem. :)

2. Figs&Rouge, balsam 100% organiczny. 
No tak... Ale to, że w 100% organiczny, to nie znaczy, że ma mi się zaraz skiepścić!
Jestem bardzo rozczarowana tym kosmetykiem, ponieważ naczytałam się wiele pochlebnych opinii na jego temat, a tu klapa. Na początku użytkowania, konsystencja była jednolita, zapach bardzo drażniący mój biedny nosek i ... nie dawał żadnych efektów. Odłożyłam go na jakiś czas (max. 2 tygodnie), a po ponownym otwarciu ukazała mi się... sklejająca kaszka manna. WTF?! Produkt przechowywałam odpowiednio, nie był przeterminowany, więc nie wiem skąd ta zmiana w jego konsystencji.
No cóż, mam chociaż ładne opakowanie. :D


Kolejne mamy nawilżacze do ciała:


1. Palmers, Cocoa Butter Formula Lotion. 
CUDEŃKO! Mam zamiar napisać osobną recenzje tego produktu, ale w skrócie: Mogę spokojnie stwierdzić, iż jest to cięższa i lekko brązująca wersja mojego ukochanego balsamu L'oreal Nutrilift. Niesamowita konsystencja, cudowny, kakaowy zapach, nawilżenie na najwyższym poziomie, brak "filmu" na skórze i widoczny efekt brązowienia skóry.
Wrócę do niego bez dwóch zdań, a Wam również bardzo polecam, szczególnie jeśli szukacie czegoś na teraz.

2. Scottish Fine Soaps, Mleczko do ciała.
Bardzo przyjemne w użytkowaniu. Super sprawdził się pod koniec lata - był leciutki jak piórko, łagodził poparzenia od słońca, miał typowy zapach dla nawilżaczy i całkiem fajnie wpływał na stan skóry. 


 A na koniec, coś pod prysznic:


1. Catzy, szampon przeciwłupieżowy.
Bardzo polecany, bardzo lubiany przez wielu. Niestety u mnie nie sprawdził się wcale pod względem leczniczym, jednak bardzo dobrze domywał włosy, unosił, ale użyty w namiarze - podrażniał. 

2. Adidas for Women, Mleczko pod prysznic.
Moje ulubione. :) Właściwie ciężko jest dokładnie opisać za co lubi się ten produkt. 
Po prostu jest niesamowicie przyjemny i kojący w użyciu. Trzeba spróbować i tyle. :)

3. Organique, Korzenny płyn do kąpieli.
W porównaniu do innych produktów o tym zastosowaniu, jest naprawdę dobry, ponieważ robi dużą, gęstą pianę, zapach kosmetyku nie ulatnia się szybko podczas kąpieli, a skóra nie jest po nim ściągnięta.
Mimo to, dla mnie, daleko mu do ideału, był zdecydowanie za mało wydajny (starczył mi na ok. 6 razy) i mimo, iż zapach utrzymywał się w wannie, to nie był on na tyle intensywny, jakbym sobie życzyła. 


Mam nadzieję, że przy następnych zakupach zasugerujecie się tym co napisałam. :)
Koniecznie napiszcie, jak Wam idzie denkowanie!


17 lis 2013

Kolejne zakupy, a w nich... zamienniki cieni MAC.

Kolejne zakupy, a w nich... zamienniki cieni MAC.
Dzisiejsze zakupy były jak najbardziej przemyślane i (o dziwo!) jak najbardziej... korzystne cenowo.


To ze względu na to, iż ostatnimi czasy poszukuje w internetach, dobrych odpowiedników cieni Mac (jakoś się na razie nie mogę przemóc aby je zakupić).


I takim oto sposobem nabyłam dwa cienie z Catrice:
1. C'mon Chameleon (odpowiednic Mac Club)
2. My First Copperware Party (odpowiednik Mac Satin Taupe)

Do tego nieustannie poszukiwałam zamiennika pigmentu Vanilla, ponieważ ten, mimo moich najszczerszych chęci, kompletnie nie pasuje do mojej karnacji (ze względu jego na różowe tony) .
Co prawda, w necie nie znalazłam nic zadowalającego, jednak po przekopaniu całego Inglota natknęłam się na pigment nr 30, który wygląda tak jak to sobie wymarzyłam - jest Vanillą bez różowych tonów! 


I na tym kończą się moje "podróbki" Mac'a. :)

Do tego w Inglocie zakupiłam jeszcze przepiękny, metaliczny cień, który jest srebrno-fioletową bajką, o numerze 152. NIESAMOWITY! 


A tak prezentują się wszystkie 4 cienie na paluchach:

(od małego - Inglot 30, Inglot 152, Catrice C'mon Chameleon, Catrice My First Copperware Party)



W Inglocie, kupiłam nareszcie grzebyczek do rzęs, a jakby tego było mało dorwałam jeszcze w swoje łapy dwa produkty z Deli:

1. Żel do brwi, który właśnie mi się skończył, a w tej chwili nie wyobrażam sobie bez niego makijażu.
2. Bazę pod tusz, ponieważ zależy mi na efekcie ochronnym przed wysuszającymi składnikami tuszu, oraz liczę na dodatkowe wydłużenie i pogrubienie - zobaczymy jak to będzie. :)

Mam nadzieję, że zakupy się podobały. 
Myślę, że całkiem niedługo możecie się spodziewać paru makijaży z cieniami, które Wam dziś pokazałam.
Aż nie mogę się doczekać kiedy ich użyje!


Copyright © 2014 Skonfundowana Panna , Blogger