31 mar 2013

Makijaże, Figiel i wiosna - zdjęcia part 5.

Makijaże, Figiel i wiosna - zdjęcia part 5.
Polecam powiększyć. :)

1.Cimno wszyndzie, głucho wszyndzie.

2. Nie mam zębów, to język wystawie.

3. Radość w cenie...

4. I nie, nie jestem normalna.

5. Róż, róż, róż...

6. Fiolet, róż, róż...

7. Fiolet, fiolet, nude.

8. No przecież mamy wiosnę!

9. I święta. :D

10. Dziura ozonowa większa = ocieplenie klimatu? Serio?

11. Ziiiiimno. 

12. Mam być szczupła do lipca, ze słodyczami koniec!


Życzę Wam ciepła kochani!
Buziaki. :*

28 mar 2013

OOTN - czyli, który z lakierów ostatnio męczę.

OOTN - czyli, który z lakierów ostatnio męczę.
Jako że mam dwie lewe i do tego trzęsące się (jakbym delirkę miała) ręce, wzorków na paznokciach nie robię. Jak już zrobię, to zaraz zmażę, bo przypomina to bardziej zabawę 5 latki w kosmetyczkę.
Jest jednak jeden "wzorek", który zrobić jestem w stanie, a mianowicie - kropki. (:D)
I tak nie są one najrówniejsze na świecie, ale są, a to już jakiś postęp.
A te kropki pojawiają się na lakierze, który męczę ostatnio namiętnie, czyli Golden Rose Paris nr. 236.

Podoba Wam się?
Robicie coś więcej na swoich pazurach, czy ograniczacie się do jednego koloru?

Buziaki. :*

24 mar 2013

Beczka śmiechu - Max Factor False Lash Effect.

Beczka śmiechu - Max Factor False Lash Effect.
Dziś znów o kolejnym produkcie, który swego czasu zrobił furorę wśród żeńskiej części publiczności. Mimo, iż ma już swoje lata, to do tej pory jest lubiany (kochany wręcz) przed dużą część kobiecego społeczeństwa. Mowa oczywiście o tuszu do rzęs MaxFactor’a – False Lash Effect, często zwanym „beczułką”.


Zanim jednak przejdę do meritum i opisze Wam jak gość się sprawdził, chciałabym opisać pokrótce moje „firanki”:
Są średniej długości i średniej grubości, niestety w nie za dużej ilości (pracuję nad tym), w kolorze ciemnego brązu, który traci pigment ku końcowi (?). Do tego, rzęsy są bardzo elastyczne, dosyć podkręcone i ze skłonnością do rośnięcia w zbiorowiskach zamiast jedna obok drugiej.

Przechodząc do sedna:

+ Kolor – To naprawdę głęboka czerń, bez żadnych zszarzałych tonów. Czyli taka jaką lubię najbardziej.

+ Efekt – Producent obiecuje pogrubienie, które w moim przypadku jest znikome. Tymczasem trzepotki  są dobrze…wydłużone. Nie na tyle dobrze żebym piała z zachwytu, ponieważ takie wydłużenie mogę osiągnąć przy innych, o wiele tańszych tuszach. Z podkręceniem, tak jak wspominałam, nigdy problemów nie mam i w tym przypadku również tak było.

(można powiększyć)


+ Trwałość – Produkt nie kruszy się, nie odbija na górnej ani dolej powiece i nie migruje w żaden inny sposób, przez cały dzień. Ze względu na to, że nie jest to wersja wodoodporna, przy kontakcie z wodą po chwili zaczyna się mazać, ale nie takie było jego przeznaczenie, więc wybaczam.

+/- Pojemność – Jest duża, bo aż 13,5 ml, dzięki czemu od razu zaczynam rozumieć cenę, która do kupna kompletnie mnie nie przekonuje (ok. 40-60 zł). Jednak ta wielkość ma swoje minusy, ponieważ jeśli ktoś nie robi codziennie makijażu, może mieć problem z wykorzystaniem kosmetyku do końca, ze względu na to, że po 3-4 miesiącach, zaczyna gęstnieć, zalatywać smrodkiem i nawet trochę się osypywać. :(

-Opakowanie – Niestety sławna beczułka do gustu mi nie przypadła, a to przez to, że jest niepraktyczna. Ze względu na swe gabaryty, czasem było mi ciężko wepchać ją do kosmetyczki, zajmuje za dużo miejsca.

- Szczota – Tak duża jak i opakowanie. Nie jestem fanką takich gigantów, którymi bardzo łatwo jest sobie wydłubać oko, ale też nie lubię tych malusieńkich, którymi trzeba się namachać żeby uzyskać jakiś efekt.
Preferuje normalne wielkości, więc i pod tym względem nie byłam oczarowana.


- Silikon– Moje rzęsy zdecydowanie nie przepadają za gumowymi szczoteczkami. Nie wiem dlaczego tak jest, ale zauważyłam, że wszystkie kultowe, i nie tylko, tusze z silikonowymi szczotami zamiast włosia, zawsze sprawdzały się gorzej. Why?

- Efekt – Kupiłam ten kosmetyk, ponieważ szukam tuszu, który trochę je wydłuży, ale przede wszystkim pogrubi. Wszystkie tusze, które miałam okazję wypróbować wcześniej robiły to samo, tylko w różnym stopniu – wydłużały, podkręcały, ale nie pogrubiały. Byłam pełna nadziei skoro ten osobnik jest znany właśnie z dobrego pogrubienia. Jak widać, nadzieja matką głupich.

Podsumowanie: Najśmieszniejsze jest to, że tuszu używałam na paru innych przedstawicielkach „pci” żeńskiej i wszystkie miały firanki dość krótkie, proste, średniej grubości, mało plastyczne, a efekt był… FENOMENALNY. Taki jak ja chciałam uzyskać. Chyba mi się nie należy. A może, moje rzęsy są z innej planety i dlatego nic na nie nie działa? Nie mam pojęcia.

Dlatego tusz polecam, owszem, ale tym z Was, które mają podobne rzęsy do opisanych powyżej. Jeśli jesteście posiadaczkami takich jak moje, to raczej bym odradzała.

(Poszukiwania pogrubiacza w toku).

A Wy macie już swój ukochany tusz? Podzielcie się!

Niedzielne buziaki. :*

21 mar 2013

Mleczny Kallos - o tym jak ulubieniec większości działa na moje włosy.

Mleczny Kallos - o tym jak ulubieniec większości działa na moje włosy.
Maskę Kallosa zna chyba każdy. To jeden z tych produktów, który często gościł na salonach (czyt. blogach i kanałach YT). Jak to zawsze z takimi kosmetykami u mnie bywa, mam dużą chęć ich wypróbowania. W końcu jeśli wszyscy są tak zachwyceni, to czemu ja miałabym nie być? Kiedy wykończyłam swoje zapasy odżywek i masek zdecydowałam się na kupno „mleczaka”. Jak nam się ułożyło? Już biegnę z informacjami.:)


+ Zapach – Właściwie czuję to co w nazwie czytam – mleko. Jednak to mleko jest niesamowicie słodkie, może coś jak cukierki mleczne. Pamiętam do dziś, że fryzjerka, do której chodziłam parę lat temu używała tej maski i przy każdym myciu zapach rozprzestrzeniał się po całym salonie. Każdy się nim zachwycał.

+ Konsystencja – Bardzo ciężko mi jest ją zdefiniować, niby wygląda jak jogurt naturalny, ale w dotyku bardziej na myśl przypomina jego połączenie z gęstą śmietaną. Nie mniej jednak konsystencja dobrze sprawdza się przy nakładaniu.  

+ Pojemność – Moja to akurat 1000 ml, jednak na rynku dostępne są również mniejsze wersje. Jeśli chodzi o stosunek pojemności do ceny (ok. 15 zł), to jest on jak najbardziej korzystny.

+ Zastosowanie – Lubię ją też za to, że mogę trzymać ją na włosach przez 1 minutę jak i przez 30 minut, a efekt będzie równie podobny.

+ Wydajność – U mnie to jest pojęcie względne, bo większość masek/odżywek zużywam w tym samym tempie. Nie przytrafiło mi się jeszcze, żeby któryś z kosmetyków do pielęgnacji włosów był o wiele mniej lub bardziej wydajny.

 +/- Efekty – Stosowana jako odżywka (czyli do paru minut), pięknie wygładza, dyscyplinuje włosy, sprawia że są błyszczące, puszyste, mięciutkie i (o dziwo) nie przetłuszczają się szybciej. Mimo to ten efekt wydaje mi się taki „z wierzchu”. Chodzi mi o to, że czuje, iż jest to robota bardziej sztucznych składników, które oblepiają włosy z zewnątrz.
Stosowana jako maska, również radzi sobie praktycznie tak samo, z tą różnicą, że obciąża moje włosy. Dlatego jak możecie się domyślić, maskę wolę używać jako odżywkę.

- Dostępność – Stacjonarnie nie jest wcale łatwa do dostania, ponieważ króluje głównie w Hebe, a ta drogeria nie jest tak rozpowszechniona jak Rossman. Na szczęście można ją dostać też przez internet.

- Pojemność – Ma swoje plusy i minusy, ponieważ jeśli nie macie do czego przelać maski, to zabrać taką beczkę nikomu nie jest na rękę.  Pocieszeniem jest to, że maska występuje w różnych wielkościach.

- Opakowanie – Jako wyznawczyni dozowników, muszę wspomnieć o tym, iż tutaj aż się prosi o pompkę zamiast zakrętki. Byłoby zdecydowanie wygodniej i praktyczniej.

- Skład – Nie zachwycił mnie, ale za taką cenę nie oczekiwałam też cudów. Na pierwszym miejscu woda, a zaraz za nią Cetearyl Alcohol, którego moja skóra głowy nie za bardzo lubi, dlatego też staram się nakładać kosmetyk nie dotykając skalpu. Cały skład oczywiście możecie sobie przeczytać:


Podsumowując: Produkt lubię, używam z chęcią i przyjemnością, jednak wątpię, że kupię ponownie. Po „ochach i achach” na jego temat, oczekiwałam więcej. Mimo to nie zawiodłam się, po prostu miałam za duże wymagania. :) Jeśli o mnie chodzi to wolę wydać więcej, a mieć np. głębsze nawilżenie. Ze względu jednak na to, że u wielu osób maska ta okazała się hitem, to polecam Wam ją spróbować, tyle że na początek może w mniejszym opakowaniu. 

A Wy ją znacie? Lubicie? Podzielcie się swoimi wrażeniami!
Buziaki. :*

13 mar 2013

"Parę" słów o oleju kokosowym.

"Parę" słów o oleju kokosowym.
Tym razem przychodzę do Was z recenzją produktu dość dobrze znanego i baaardzo lubianego, czyli oleju kokosowego.
Jeśli interesowałyście się zastosowaniem olejów w kosmetyce, to na pewno wiecie, że olej kokosowy jest dobry do włosów, do ciała, do twarzy, a nawet do jedzenia, dlatego też pokrótce opiszę Wam jak sprawdził się w każdej dziedzinie u mnie.


- Do włosów – Używałam go regularnie, czyli raz na tydzień. Stosowałam tak jak oliwę z oliwek, nakładałam na włosy i skalp, siedziałam z nim 3-4 godz., a następnie zmywałam. Niestety dłuższe trzymanie olejów powoduje straszne wypadanie włosów w moim przypadku, a po ok. 2 godz. efektów spektakularnych nie ma. Moje włosy należą do średnio porowatych, przetłuszczających się, łatwych do obciążenia, ze skłonnością do dużych podrażnień. Olej ten działa u mnie ciut lepiej niż oliwa z oliwek. Porządniej je nabłyszcza, jest mniej obciążający i ze względu na zapach,  przyjemniej trzyma mi się go na głowie. Musi coś w nim być, bo ostatnimi czasy dostaję sporo komplementów dotyczących włosów, a szczególnie tego, że pięknie się błyszczą. :) Niestety jak przy każdym oleju u mnie, włosy muszę myć ponownie następnego dnia (normalnie myję co 2 dni). W tej „kategorii” zdecydowanie dostaje dużego +.

- Do ciała – Tutaj pojawił się nie mały problem - nienawidzę takiego poolejowego ślizgu na ciele! Po prostu źle się z tym czuje (ale czego nie robi się dla moich czytaczy). Niestety za często olejem się nie smarowałam, bardziej „od święta”, zdecydowanie wolę kremy i masła, jednak na efekty nie mogę narzekać. Już po pierwszym użyciu, skóra była zmiękczona jak nigdy. Nawet przy smarowaniu się nim raz na jakiś czas, problem z suchymi łokciami i kolanami zniknął. Do tego jest niesamowicie wydajny. I może zaczęłabym używać go regularnie gdyby nie długi czas wsiąkania w skórę (ok.10-15 min), który po prostu uniemożliwia mi dotykanie czegokolwiek bez pozostawiania plam. Latem na ciało nałożyłabym go jednie na wyjątkowo przesuszone miejsca. Dlatego w tej kategorii i + i - się znajdzie. 

- Do twarzy Geniusz! To jedyne co przychodzi mi na myśl. Czasem wykonuje automasaż twarzy i ten kosmetyk jak najbardziej się do tego nadaje. Na facjatę go sobie nie żałuje, bo podczas masażu połowa wsiąka, a drugą część wchłania się w nocy, ale również lubi trochę upaprać poduszkę. Buzia jest miła w dotyku, wydaje się być świeższa i bardziej wypoczęta (na co na pewno ma również wpływ sam masaż, jednak efekty ze zwykłymi kremami nie były tak widoczne jak tu). Dopóki na dworze nie zrobi się cieplej, to olej będzie częstym gościem na mojej mordce.  Czyli +,+,+ i jeszcze raz +.

- Do jedzenia – Moim zdaniem olej kokosowy pasuje jedynie do potraw słodkich. Niektóre osoby używają go również do sałatek, czy smażenia mięs, ale ja tego pomysłu nie złapałam, głównie ze względu na to że smażonych potraw nie jadam, a po sałatkach z olejem (jakimkolwiek) nie czuje się za komfortowo. Jedynym momentem w kuchni kiedy go użyłam było smażenie naleśników (czyli może jakieś 2 razy, no nie smażę… naprawdę NIC), smak jest niesamowity, zapada w pamięć. :) Naleśniki o niebo lepiej smakują niż te, które zostały zrobione na innych olejach.

Podsumowując – Uważam, że tego oleju powinien spróbować każdy. Dzięki temu, że ma wiele zastosowań na pewno go wykorzystacie. Może okazać się dla Was hitem, albo niczym specjalnym. Jak zawsze jest to kwestia indywidualna. Jeśli o mnie chodzi, to ten produkt na pewno zostanie u mnie na dłużej, ale nie będę go kupować na tony, ponieważ nie zużywam go w wielkich ilościach. Najchętniej będę kontynuowała olejowanie włosów przez cały rok, a dodatkowo w zimę, wieczorne smarowania twarzy.

Olej ten dostałam do testów od producenta, jednak w żaden sposób nie wypływa to na moją opinię o nim.

A Wy miałyście z olejem kokosowym do czynienia? Zrobił u Was rewolucje?
Buziaki! :*

7 mar 2013

Już się tłumaczę, czyli życie codzienne w zdjęciach 4.

Już się tłumaczę, czyli życie codzienne w zdjęciach 4.
... z tego że Was tak zaniedbuje.
Ostatnie dwa tygodnie to dla mnie same zmiany (nie wiem czy na lepsze, to się okaże jak już będzie po wszystkim).
Pierwszy tydzień spędziłam w szpitalu, w sobotę zawitałam do domu, a następnie zaczęłam jeszcze bardziej zmieniać swój tryb życia na zdrowszy. Nic nie odda tego lepiej niż zdjęcia.









Kocham Was! Dajecie mi więcej szczęścia, niż możecie sobie wyobrazić. 

P.S.: O ćwiczeniach jeśli macie ochotę napiszę za jakiś czas. :)
Copyright © 2014 Skonfundowana Panna , Blogger