24 lut 2013

Makijaż Marilyn Monroe krok po kroku.

Makijaż Marilyn Monroe krok po kroku.
Tym razem makijaż nie pojawił się stricte na blogu, ale na stronie internetowej makeup.org.pl



Zapraszam do obejrzenia i oceny. :)
Buziaki. :*

20 lut 2013

O magii muzyki.

O magii muzyki.
Jeśli jest koło północy, a ja piszę na blogu, to zawsze post musi być związany z muzyką.

To że jestem melomanką jest jaśniejsze od słońca. Muzyka jest bardzo ważna w moim życiu i wywiera duży wpływ na mnie. Jestem właściwie z multigatunkowców, utwór musi mieć "to coś" żeby mi się spodobał.
Tak jak każdy (słuchający muzyki) czasem jedną piosenkę mielę cały dzień, a później odrzucam. Zdarza się, że muszę podejść parę razy zanim się przekonam do innej, a niekiedy z jednym utworem kupuje cały zespół/artystę.
A w środku tego wszystkiego siedzi sobie samiutka, niewinna piosenka, która nijak pasuje do reszty, która przez uszy mi przechodzi, ale jest tą szczególną. Kiedy usłyszałam ją po raz pierwszy czułam (no przysięgam!), że już jest dla mnie ważna.

Przywiązałam się do niej, słucham często, zbyt często. Automatycznie zaczęła kojarzyć mi się z pewnym okresem mojego życia. (Zauważyłam że największe wzruszenia i inne emocje wywołuje u mnie sztuka, w jakiejkolwiek formie by nie była. Bardziej niż wiele innych, które powinny poruszać mnie mocniej...)
A gdy już myślałam, że z nami koniec, okazało się, że na tyle do mnie pasuje, że dobrze się znamy, że ciągle zbiera ze mną nowe wspomnienia, iż po prostu nie mamy zamiaru się rozstawać.
Jak można nazwać takie uczucie? Przywiązaniem?
Mniejsza o to.

Liczę się z tym, że osoby mniej czułe na sztukę, mogą mnie w ogóle nie zrozumieć i z moim No. 1 większość się nie polubi, ale może znajdzie się wśród Was ktoś "mojego pokroju".

All we got is memories, so what the fuck is time?


Posiadacie taką piosenkę? Możecie się nią ze mną podzielić?
Strasznie by mnie to ucieszyło. Piszcie.

P.S.: Wybaczcie mi ewentualne powtórzenia i inne błędy, ale zawsze ciężej mi się pisze w godzinach nocnych.

17 lut 2013

Makijaż na ślepo. :)

Makijaż na ślepo. :)
Jeśli chcecie się trochę pośmiać to zapraszam do obejrzenia tutorialu makijażowego:




Mam nadzieję, że choć trochę poprawiłyśmy Wam humor.
Buziaki! :*

13 lut 2013

Jak zapuszczam swoje włosy.

Jak zapuszczam swoje włosy.

Pamiętam, że kiedy ścięłam włosy, pewna część z Was pisała, że później zapuszczanie będzie katorgą, a inna część, że same byście chciały spróbować, ale boicie się późniejszych problemów właśnie wiązanych z zapuszczaniem. Dziś więc chciałam napisać jak to wygląda u mnie i czy to rzeczywiście taki problem.

Zacznijmy od tego, że baaardzo polubiłam moje krótkie włosy, były niesamowicie wygodne i bez problematyczne, jednak po jakimś czasie naszła mnie chęć na prościutkie, długie włosy. Tak po prostu. A że nie boję się eksperymentów i ciągłych zmian, stwierdziłam, że zapuszczam je z powrotem, przecież jeśli mi się znudzą mogę je ściąć znów. :) 

Zapuszczać zaczęłam jakoś pod koniec października. Włosy rosły mi straszliwie wolno, ze względu na to, że moja skóra głowy była bardzo chora i nie używałam też jakichś konkretnych wspomagaczy.
Stan skalpu poprawił się koło stycznia (oczywiście nie sam, ale nie o tym dziś) i również od początku stycznia zaczęłam łykać drożdże, a (dokładnie) od 23 stycznia dodatkowo, codziennie pijam siemię lniane z przepisu od Anwen

To jak bardzo ważny dla włosów jest zdrowy skalp i jak cudownie przyśpiesza rośnięcie kłaczków siemię lniane, możecie zobaczyć na tym zdjęciu:


A to zdjęcie z dziś:

Sama rysując krechy na focie sprawdzałam parę razy, czy abym na pewno się nie pomyliła. Jednak nie. :) Włosy rosną szybciej niż kiedykolwiek, kiedyś próbowałam ze Skrzypem, MerzSpecial’em, wcierką z kozieradki, drożdżami, Sillicą etc., i nic nie pomogło mi tak, jak siemię lniane.  

Niestety mój skalp jeszcze nie jest w 100% zdrowy, bo włosy dalej mi wypadają, a żadne baby hair się niestety nie pojawiły, jednak jestem dobrej myśli.

Mój wygolony bok też przeszedł już swoje, ponieważ jeszcze w październiku, zgalałam go regularnie, jednak od grudnia zdecydowałam się na zapuszczanie również jego. Rósł powoli, tak jak reszta włosów, ale żyłam myślą „Zawsze do przodu” i starałam się tym nie przejmować.

Tydzień temu, kiedy miał już ok 4 cm, wpadłam na idiotyczny pomysł pt.:  Zgolę sobie go znów, bo mi go brakuje.” Zgoliłam i… pożałowałam, ponieważ reszta włosów trochę odrosła, więc kontrast między łysiną, a normalnymi włosami był już większy, a do tego zdążyłam trochę schudnąć i po ponownym wygoleniu wyglądałam jak wychudły szczur. No przynajmniej tak się czułam.

To zapuszczam znowu... Bok ma już 2 cm i nie zamierzam się nim więcej bawić. Mam nadzieję, że kiedyś wyrówna się z resztą włosów.

Jeśli chodzi o podcinanie, to prócz grzywki nie tykam reszty włosów, nie chce ścinać tego co udało mi się zapuścić. Mój cel to włosy do połowy pleców, ale kiedy będą już kawałek za ramiona, będę niesamowicie usatysfakcjonowana.

Na raz starczy tyle informacji, ale jeśli chcecie mogę napisać notkę o ich pielęgnacji.
A Wy zapuszczacie włosy?

Buziaki. :*
P.S.: Dziękuje wszystkim, którzy przeczytali moje wypociny od początku do końca. :)

10 lut 2013

Recenzja lakieru Essie Fiji.

Recenzja lakieru Essie Fiji.
Przez dłuższy czas przeszukiwałam niezbadane zakątki Internetu w celu odnalezienia ideału - rozbielonego, różowego lakieru. Taki sobie wymyśliłam i taki miał być.

Ale wiecie jak to jest: na zdjęciach wszędzie coś wygląda inaczej, więc po jakimś czasie dostałam głupawki, widząc kolejny rozbielony o pół tonu od poprzedniego, kolor. Dałam sobie spokój i oczywiście, jak to w takich chwilach bywa, wpadłam na nią przypadkiem na Kosmetycznych Targach Łódzkich. Między stoiskami doszukałam się Essie w odcieniu Fiji… I tak rozpoczęła się nasza Love Story.


Na początku trochę się na siebie obraziliśmy, bo Essie nie chciał ze mną współpracować – wolno wysychał, o równym rozprowadzaniu się już nie wspomnę i nie trzymał się też specjalnie długo, ot jak każdy lakier.


Po czasie jednak stwierdził, że zależy mu na mnie, poprawił się. Sama byłam zdziwiona, ponieważ po 3 użyciu, zachowywał się kompletnie inaczej. Bardzo szybko wysychał, lepiej mi się z nim współpracowało i zostawała na cały tydzień, dzięki czemu mogłam się nim cieszyć, bez paniki, że zaraz ucieknie. Ładnie wygląda z dodatkami, ale saute też jest niczego sobie.
Do tej pory kochamy się z równie mocno jak i na początku, i na pewno nie zabraknie go u mnie.


A tak bardziej na poważnie – odcień Fiji zachęcił mnie do kupienia kolejnego Essie’aka, mimo początkowych zgrzytów. Wiadomym jest, że wszystko zależy od danego koloru, więc wszystkich odcieni nie mogę Wam polecić ,bo ich fizycznie nie posiadam, ale ten jak najbardziej.

Was też urzekł? 
Buziaki. :*

P.S.: Zapomniałam – do pełnego krycia potrzebne są 3 warstwy, ale to też zależy jak grube je nakładamy, ja staram się robić to jak najcieniej.

7 lut 2013

Życie codzienne w zdjęciach 3.

Życie codzienne w zdjęciach 3.

Totalny miszmasz.
[Zapraszam do oglądania w powiększeniu - wystarczy kliknąć na zdjęcie.]











1.  Jeden z moich ulubionych widoków.
2. Pędzle.
3. Essie, w którym się zakochałam (recenzja niebawem).
4. Melomania.
5.  Paulina no makeup i najlepsza na świecie Chai'ka.
6. Niektóre lektury są naprawdę fascynujące...  
7. Oko moje, a lakier Duri.
8. Ciągła fascynacja żyrandolem. 


Buziaki. :*

5 lut 2013

Faza z Bourjois - czyli recenzja płynu do demakijażu oczu.

Faza z Bourjois - czyli recenzja płynu do demakijażu oczu.
Pewnie każda z Was kojarzy fioletowego micela z Bourjois, o którym było już powiedziane wszystko. Sama miałam o nim dobre zdanie, jednak daleko mu było do ideału - między innymi nie zmywał mojego makijażu do zera i był mało wydajny. Dlatego też, kiedy mi się skończył, pomyślałam że mogę dać tej firmie jeszcze jedną szansę i spróbować jakiegoś innego produktu.

Przy kolejnych zakupach czytam: (uwaga – podaje dokładnie) „Płyn do ekspresowego usuwania wodoodpornego makijażu oczu”.
Myślę sobie: „Jeśli wodoodporny, to powinien sobie poradzić z moim makeup’em”.



No i jak?

- Radzi sobie! – Tak, nareszcie używam czegoś, co zmywa mój makijaż oka do zera po 30 sekundach (przy normalnym) i około 1 minuty (przy mocnym). Nie wiem, czy dla Was to jest dobry wynik, ale dla mnie owszem, ponieważ większość poprzednich zmywaczy (prócz Lancome – klik), nie zmywała mojego makijażu do końca, albo robiła to po 2 minutach minimum.

- Jest i faza – Poznałam parę dwufazówek, które nie chciały się połączyć w jedną, co było dość denerwujące. Na szczęście tu nie ma tego problemu i na spokojnie, bez stresu, możemy przelać płyn na wacik.

- Delikatny – Mam jedne z delikatniejszych oczu i łatwo u mnie o podrażnienia. Ten nie wywołał na nich żadnych złych reakcji.

- Tłuszcz bez tłuszczu – Dokładnie tak jak czytacie, niby zostawia tą tłustą powłokę na powiece, ale nie powoduje ona chwilowej ślepoty, albo nieprzyjemnego uczucia. Nie wiem jak to działa, ale film czuję tylko wtedy kiedy zbadam miejsce palcami.

- Pandziora-bandziora – Przykro mi to stwierdzić, ale po zmyciu oka (i nie tarciu go oczywiście), możecie spodziewać się ślicznego „efektu pandy”.

- Lepszy – Od poprzednika  - Micela. Przyjemniej mi się go używa i ma lepsze działanie.

- Gorszy – Od Lancome, przykro mi, ale wysokopółkowiec dalej wygrywa jakością, ciut lepiej zmywa i nie pozostawia tłustej warstwy, do tego jest też (niewiele, ale zawsze) bardziej wydajny.

- Dobra cena – +/-25 zł, zachęca do kupna, a nie odstrasza.

A teraz test:


Podsumowując: Jak widzicie wielkich minusów dopatrzeć się nie mogę. Nie jest to równoznaczne jednak z ideałem. Płyn jak płyn, przyjemny w użytkowaniu. Cieszy mnie, że dobrze zmywa, ale nie zabił mnie tak, jak wspominany wcześniej Lancome. Na niego zaś szkoda mi kasy i ciągle szukam jakiegoś zamiennika.
Nie mogę przekazać Wam, jak współpracuje z tuszami wodoodpornymi, bo takowych nie używam, wiec nie gwarantuje, że ich nosicielki będą zadowolone.

Używałyście, któregoś z tych 3 produktów?

A może macie swojego ulubionego „zmywaka”?

Buziaki! :*

3 lut 2013

Panna Cotta - Przepis.

Panna Cotta - Przepis.
Nie wiem jak to się dzieję, że mimo tego, iż Panna Cottę ubóstwiam, to jadłam ją dopiero 3 razy...


Panna Cotta nadaję się równie dobrze na zimę, jak i na lato. Jest bardzo prosta i szybka w przygotowaniu. Zrobienie takiego deseru, to nie jest duży wydatek, nie potrzebujemy do niej też dziwacznego sprzętu, którego nawet nie potrafimy nazwać. A osoby "dietujące" się również nie powinny marudzić, bo zdecydowanie lepiej jest zjeść taki deser, niż przekąsić batonika.

Czyli co, deser ideał? :)
Nie do końca, ponieważ uczuleniowcy, raczej nie będą sobie mogli na nią pozwolić. Ale i również musimy zachować zdrowy rozsądek i nie przesadzać z dodatkami do Pannienki (czyt. sosy, posypki).
Dla mnie akurat to nie problem, ponieważ najlepiej smakuje mi "goła".
A jak wygląda mój przepis?

Składniki: 
(Na 3 średnie porcje)

• 3 łyżeczki żelatyny w proszku
• 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
• 200 ml śmietanki kremówki (36%)
• 1 pełna szkl. mleka
• 1/4 szkl. cukru
• 1 łyżka rumu

Przygotowanie:
- Żelatynę zalewam 2 łyżkami zimnej wody, mieszam i odstawiam na 5 minut.
- Za ten czas, do rondelka wlewam mleko, śmietankę, cukier i wanilię.
- Kiedy cukier się rozpuści, dodaję rum i czekam aż mikstura się zagotuje.
- Po zagotowaniu szybko zdejmuje z ognia i dodaję żelatynę. Wszystko mieszam energicznie, aż do całkowitego rozpuszczenia żelu.
- Mieszankę wlewam do 3 foremek (i tutaj wedle uznania - kokilek, szklanek, czy małych miseczek).
- To zostawiam do wystygnięcia, a następnie wstawiam do lodówki na min. 5 godz. (Najlepsze są oczywiście po całej nocy).

Ot cała filozofia. :)
Zdecydowanie polecam zrobić samemu w domu!

Próbowałyście? Lubicie? Może spróbujecie mojego przepisu?
Piszcie koniecznie!

Buziaki. :*

1 lut 2013

Makijaż ala Marilyn Monroe.

Makijaż ala Marilyn Monroe.
Na blogu PannyJoanny powstał bardzo fajny pomysł, który "zmusza" mnie do codziennej kreatywności (Wejdźcie koniecznie!). Ja, na pierwszy ogień, skusiłam się na odtworzenie makijażu Marilyn Monroe, ze względów oczywistych - uwielbiam ją!
Niestety moje aparacicho nie oddaje tak dobrze makijażu, ale starałam się jak mogłam. Na pewno Monroe na mojej twarzy się pojawi jeszcze nie raz i wtedy (mam nadzieję) zrobię już zdjęcie normalnym sprzętem, oddającym efekt w rzeczywistości.

Tymczasem zdjęcia:






A Wy lubicie takie klimaty?
Buziaki! :*
Copyright © 2014 Skonfundowana Panna , Blogger