27 lip 2012

Piknik.

Piknik.
Dziś wybrałam się ze znajomą na piknik!
Nie ważne, że koło drogi, nie ważne że koło bloku, nie ważne że zapomniałyśmy wziąć koca...
Ważne, że bawiłyśmy się dobrze! :)
A teraz możecie się śmiać:








Buziaki! :*
P.S.: Kiedyś słyszałam, że ludzie są najmniej sexi w momencie jedzenia. :D

25 lip 2012

Dobra woda, zła woda.

Dobra woda, zła woda.
Mamy dwa rodzaje wody: 
Woda dobra - pijemy w dużych ilościach, działa ona na nasz organizm zbawiennie pod wieloma względami, sami ją sobie dawkujemy.

Woda zła – ta która siedzi w naszym organizmie, gromadzi się z dnia na dzień i powoduje, że przybywają nam „sztuczne” kilogramy.

Czemu o tym pisze? A no dlatego, że dziś zdecydowałam się na zamówienie przez doz, Aqua-Femin'u czyli leku który ma mi i wielu innym osobom pomóc w pozbywaniu się tych kilogramów, które nie przybyły nam dzięki siedzeniu na kanapie i opychaniu się słodkościami. 

[Po kliknięciu, zdjęcie się powiększy]

Wiem że dużo z Was dobrze zna ten problem, często woda zbiera się w organizmie przez tabletki antykoncepcyjne, sterydy, hormony i wiele, wiele innych, a także w czasie PMS. Dla mnie taki lek to zupełna nowość, mimo iż na rynku jest od dłuższego czasu.

Dlatego mam pytanie – Łykałyście te tabletki, albo coś o podobnym działaniu? Jak się sprawdzały?
Czy macie ochotę abym co jakiś czas wstawiała relacje z kuracji tym specyfikiem?

P.S.: Dodam jeszcze, że jestem dużą przeciwniczką tabletek, które jedynie wyszczuplają nasze kieszenie, a nie sylwetkę. Mam świadomość, że bez odpowiedniego żywienia i ruchu nie stanie się nic. Jednak zbędna woda w organizmie to mój wielki problem i nie uważam tych leków za typowe odchudzające.

21 lip 2012

Zakupy - (nie)zdrowe jedzenie i zdrowe kosmetyki. :)

Zakupy - (nie)zdrowe jedzenie i zdrowe kosmetyki. :)
Dziś wraz z moją starszyzną (czyt. rodzicami) wybrałam się na zakupy.
Postanowiliśmy zrobić sobie noc seansów, więc zakupy wyszły takie a nie inne...

Masa nachosów - padre je uwielbia, ja zresztą też polubiłam...

Masa słodyczy - Pianki [!] Karmelowe batoniki i mój ukochany baton z ryżem preparowanym z Biedrony.

Oraz oczywista parę kosmetyków, które bardzo chciałam wypróbować :

Biedronkowy żel micelarny do twarzy, Lidlowy krem na noc do twarzy (notabene z bardzo ładnym składem), Lactacyd (jestem ciekawa czy różni się czymś od innych żeli do higieny intymnej), oraz sól z miodem i mlekiem.

I zakupiony na doz.pl Cetaphil. Pokładam we wszystkim nadzieję. Zobaczymy jak to będzie…


No i co? Filmo! :P

Wybierałam ja, a że oglądam tylko dramaty, to rodzice  postanowili dorzucić od siebie "Spisek", bo nie wiem czy przeżyliby tak dramatyczną noc.

Oglądałyście? Jadłyście? Używałyście? :)
Piszcie, a ja lecę na film. :*
P.S.:Przytyje dzisiaj 2 kg!

18 lip 2012

Alicjo, ach Alicjo...

Alicjo, ach Alicjo...
Czyli znany już odpowiednik sławnego OPI 'Absolutely Alice'. Zdecydowanie piękny kolor. Niestety skończył mi się, ale wątpie żebym go kiedyś kupiła, bo przede mną jeszcze tyyyle innych, równie cudownych kolorów!

Na paznokciach mam dokładnie: 1 warstwę Sensique Deep Sea, 1 warstwę Wibo nr.68 i jak zawsze - Duri Express TopCoat.




Wybaczcie zdarte końcówki, ale zdjęcie robiłam tuż przed zmazaniem. Czyli po 6-7 dniach noszenia. 

I na deser piękny polski rock. :)

Koniecznie obejrzyjcie teledysk!!
Ja nie zliczę ile razy go już widziałam...

Buziaki. :*

16 lip 2012

Szminkowe przemyślenia z Mollon'em.

Szminkowe przemyślenia z Mollon'em.
Ostatnio coraz częściej przyznaję się do mojego lakieroholizmu, nie wiecie jednak, że na równi z lakierami mam manie… produktów do ust.

Co prawda nie mam ich tak wiele jak lakierów, i prawdą też jest, że ostatnio zaprzestałam kupowania jakichkolwiek mazideł, ponieważ próbuje w jakimś stopniu zużywać to co mam. Jednak spokojnie mogę rzec, że na ustach zawsze mam coś, bo lubię coś mieć. :)

W swoim mini zbiorze posiadam pomadki/błyszczyki/balsamy, które lubię mniej lub bardziej. Między tym wszystkim pałęta się gdzieś szminka firmy Mollon. Jakie jest moje zdanie na jej temat?


Oczywiście pierwsze co, kiedy dostajemy produkt (można go kupić np. na stronie) w oczy rzuca nam się opakowanie. Z efektem marnym. Niestety, ale wygląda tandetnie, tanio, bazarowo, niezachęcająco do kupna, przynajmniej jak dla mnie.


Otwieram i wącham. Co wywąchałam? No, nic specjalnego. Zapach raczej pudrowy, przypominający produkty naszych babć, jednak nie tak intensywny. Mówię sobie – zapach mogę przeżyć, opakowanie też, najważniejsze jest to co w środku – powtarzając mantrę, przejechałam szminką po ustach, raz, drugi. I szok zaczął mieszać się ze zdziwieniem. Objawienie! Pomadka ma TAK kremową konsystencje, że aż miło jeździć nią po ustach. Ale uwaga! Okazuje się, że po każdej wardze wystarczy tylko jedno pociągnięcie do pełnego krycia, dlatego nie przesadzajmy. :) Jest miła na ustach, praktycznie jej nie czuć. W smaku również niewyczuwalna. Żyć nie umierać.

Obserwuje dalej. Przeglądam się w lustrze co chwila, aby zobaczyć, co się z nią dzieje. Czy może się starła, czy może się zbiera, czy nierówno schodzi?
Na jej szczęście, nie robi nic takiego. Muszę też zauważyć, że jeśli ktoś ma przesuszone usta, to chyba nie ma takiej szminki, która wyglądałaby na nich dobrze. Bo te wystające, wyschnięte skórki…ble! Nic ich nie naprawi oprócz balsamu. 
Z pewnością nie zbiera się w załamaniach, ani nie ściera się w jakiś dziwny sposób. Oczywiście dlatego, że nie jest to szminka, która ma wpić się w nasze usta, nie zostaje na nich wiecznie długo i do tego zostawia ślady na szklankach. U mnie trzyma się praktycznie jak większość szminek, ok. 2-3 godziny bez podjadania, a kiedy coś wsunę niestety schodzi prawie całkowicie. Jeśli chodzi o szklanki – często podciągam to pod zaletę - chociaż u znajomych rozpoznam, która jest moja. :P 

Wykończenie, czyli to z czym mam zawsze problem jeśli chodzi o opisywanie. Ładne na pewno, nie matowe (nie cierpię matu!), powiedziałabym że lekko lustrzane, bez drobinek, wyglądające na ustach bardzo naturalnie.



Kolor, wychodzi on o dobre 2 tony ciemniejszy niż w opakowaniu (a nie mówię już o zdjęciach w katalogu). Mój Różany Beż, nie ma nic z beżu, widzę samą różę, ale bardzo mi się ona podoba.


Podsumowując: Pomadka dla mnie świetna! Gdyby nie to opakowanie, na pewno kupiłabym więcej kolorów. Na razie się wstrzymam, bo i tak jest jeszcze tyyyle szminek, których nie miałam na ustach. :)


Buziaki! :*
P.S.: Podoba Wam się taka recenzja? Czy wolicie „starą wersje”?

14 lip 2012

Szpon na dziś. :)

Szpon na dziś. :)
Nie zdziwcie się, jeśli będziecie co chwila na moim blogu mogli zobaczyć moje paznokcie… Taak, mam manie lakierową, z bólem serca (hi hi ^^) przyznaje się do tego. Patrząc na mój zbiorek, powiedziałam sobie "Koniec! Już nic nie kupujesz!" I postanowiłam zużywać to co mam, a jak wykończę dwóch delikwentów to będę mogła kupić sobie jednego. No i w tym momencie rodzi się problem... Zużyłam jeden lakier jakimś cudem (zupełnie przypadkowo) i kupiłam dwa... No bo jak można wejść do sklepu, spojrzeć na takie piękne i niespotykane kolory i ich nie wziąć?! Przecież to grzech... I tak oddałam 2 lakiery na półkę, bo miałam wziąć 4! I byłam z siebie dumna. Nieważne jest to, że jak będę następnym razem to zgarnę te dwa, które odłożyłam…

Dobra już pokazuje lakier. :P Dzisiejszy zawodnik to Catrice Dirty Berry, kolor niezwykły, a jeśli chodzi o jakość - lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. To mój pierwszy lakier tej firmy (dobra, dobra, kupiłam dwa, ale drugi pokaże kiedy indziej) i na pewno będę się rozglądała za nimi dalej (oczywiście nie specjalnie!) bo są świetne.



Wy też macie taki "problem" z lakierami? :P
Buziaki. :*

10 lip 2012

Recenzja nie taka jak zwykle - Przebudzenie.

Recenzja nie taka jak zwykle - Przebudzenie.
Dziś recenzja nietypowa, ponieważ będzie o książce. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię czytać. Kiedy mam tylko czas i ochotę, sięgam po dobrą książkę, bo dla mnie jest to czynność odprężająca. Mogę na tyle zagłębić się w lekturę, że zapominam o wszystkim.

Każdy ma inny gust, a o gustach i guścikach się nie dyskutuje. Mnie można zazwyczaj zobaczyć z takimi lekturami w ręku jak thrillery, dramaty, biografie, czasem horrory. Gatunkiem, który praktycznie zupełnie mnie nie interesuje, są oczywiście romansidła, sielanki, głupawe historyjki, które nic z życiem nie mają wspólnego i są mocno naciągane (w tym oczywiście Science Fiction). Żeby było śmiesznie, książka którą Wam dzisiaj przedstawię, to właśnie taka ot lekka lektura na upalne lato, kiedy nie trzeba za wiele myśleć i nikomu nic się nie chce, bo czasem każdy musi odpocząć od tych ciężkich opowiadań. :) 


Co mogę powiedzieć o książce?
Dostałam ją w prezencie. I przyznam szczerze, że myślałam, iż to będzie prezent nietrafiony, na moje szczęście – myliłam się. O czym książka opowiada, nie będę mam mówić, bo wypaplam całą historie, oczywiście z tyłu lektury zamieszczone jest streszczenie, tak że proszę bardzo :


Nie mówcie mi, że różni się ono od setek innych książek tego typu. Jakaś niby akcja, wplątana w romanse głównej bohaterki. Zmieniono imiona, trochę historie, i starczy.
Na domiar złego, książka zamiast rozdziałów posiada daty (przeraziłam się totalnie myśląc że będę czytać jakiś pamiętnik!). Tutaj znów zostałam zaskoczona i okazało się, że daty mówią nam po prostu, kiedy historia się działa i którego dnia bohaterka wstała i wypiła herbatę, a którego zrywała się z łóżka do pracy. Dla mnie, niepotrzebne, ale to nie ja jestem autorem.

No dobra, ale co o samej książce? Bo napisałam się, a tak naprawdę jeszcze nic nie wiecie. :D Jak dla mnie warta przeczytania. A Ci, którzy korzystają z biblioteki, niech bez skrupułów się o nią zapytają, ponieważ czas na tą lekturę jest odpowiedni. Książka może i lekka, może i szybko się czyta, może i nie jest nader błyskotliwa i ucząca, ale! Wciągająca, zdecydowanie różni się od typowych sielanek i Harlequin'ów, zawiera wątek akcji, bez wątku miłosnego się nie obejdzie. Jednak to wszystko jest tak połączone, że czyta się bardzo przyjemnie i nie czuje się tego „naciągania”, w książkę również wpleciona jest historia, która opowiada o dawnych przodkach głównej postaci, więc wydaje mi się, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. I muszę też przyznać, że dałam się złapać i nie przewidziałam kompletnie zakończenia, ani tego „jak potoczą się losy głównej bohaterki?”. 

Jeśli czytałyście, to piszcie. Jeśli nie, to bierzcie się za tę książkę, naprawdę jest warta poświęcenia tych paru godzin (bo jak pisałam – szybko się czyta).

Buziaki! :*

8 lip 2012

PoDENKOwania part.4

PoDENKOwania part.4
Dziś kolejne DNO, a nawet kilka. Wybaczcie mi za zdjęcia, które są bardzo nijakie, ale były robione w różnych warunkach i nie za odpowiednich.
Tak więc zaczynamy!


Maska Alterra – Dzięki dobrym opiniom, bardzo kusiło mnie jej wypróbowanie. Ze względu na cenę, stwierdziłam że raz się żyje, zobaczymy. Mimo iż mam krótkie włosy, to maseczka starczyła mi na max. 10 razy, ale muszę przyznać, że jeśli chodzi o produkty tego typu, to nie jestem nigdy oszczędna. Trzymałam ją zazwyczaj ok. 3 minut na głowie. Moje włosy były po niej miękkie, puszyste, nie były obciążone, co praktycznie jest u mnie niemożliwe i skóra głowy nie była już tak podrażniona. Jedynym minusem tej maski jest to, że wypłukuje kolor moich włosów za każdym razem. Niestety nie spotkałam się jeszcze z czymś co by tego nie robiło, nawet maski zrobione specjalnie do czerwieni.

Żel do higieny intymnej Venus – W sumie mój ulubiony. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym kupiła dwa razy ten sam żel. A ten jest już trzeci z kolei. Bardzo lubię go za delikatny i ciepły zapach i oczywiście pielęgnacje. A no i pompkę. ;) Z czystym sumieniem mogę go polecić każdemu.

Peeling Lirene– Pierwsze co – super zapach. Może i trochę chemiczny, ale intensywny i pobudzający, czyli to co lubię najbardziej. Działanie? Jakieś na pewno, ale dupy mi po nim nie urwało. :) Ładnie ściera, jest bardzo mocny, drobinki się nie rozpuszczają. Do tego jest mało wydajny i czasem dozownik mi się zapychał, co było strasznie denerwujące. Nie kupię go ponownie, ponieważ nie widzę potrzeby, kiedy sama mogę zrobić sobie peeling kawowy, o wiele tańszy.

Krem HerbikaPlant Ziaja – Kupiłam go dzięki dobrym opiniom na KWC. Nie wiem skąd takie dobre się tam wzięły. U mnie nie sprawdził się praktycznie wcale, pod koniec zaczął mnie denerwować, zmieniła się trochę jego konsystencja. Nie robił praktycznie nic, jedyne plusy są takie, że szybko się wchłaniał i może jakoś minimalnie nawilżał, a ja od kremu oczekuje jednak więcej. Na pewno nie kupię ponownie.

Carmex – Kolejny ze zużytej kolekcji. Mam jeszcze 3 do wykończenia i jak uda mi się dobić dna, to już więcej go nie kupię, bo mimo świetnego działania już po prostu nie mogę na niego patrzeć. Może przerzucę się na Tisane.



Ten Pan, ma piękny zapach, bardziej na okres jesienno-zimowy. Niestety ten zapach szybko się ulatnia. Żel myje jak trzeba, ma fajny gumowy dozownik, niestety nie jest wydajny (Co ja dzisiaj z tą wydajnością?!) i nie jest wart swojej ceny (ok. 8 zł). Można spotkać równie fajne, a nawet fajniejsze żele, za niższą cenę. 


Oriflame i Avon to dla mnie firmy, do których podchodzę raczej jak pies do jeża. Nie lubię czegoś kupować czego wcześniej nie mogę wziąć w rękę, zobaczyć. Jednak mamy coś tak fajnego jak KWC, dzięki czemu czasem zdarza mi się na coś skusić. Żel pachnie bardzo naturalnie, dobrze się pieni i myje. Jeśli jednak chodzi o te jego „drobinki peelingujące” to one sobie tam pływają w tym żelu, ale nie robią za wiele. Może jest to dobry kosmetyk dla osób, które boją się/nie lubią ostrych/nie używają często peelingów. Ja jednak jako sado-maso lubię ścierać się do kości i dla mnie to po prostu ładnie pachnący żel. Czy kupię? Nie wiem. Ale jeśli jeszcze go nie miałyście, to polecam wypróbować, bo wielu osobom może się spodobać. Wszystko zależy od upodobań. :)

I to by były wszystkie moje dno-recenzje na dziś. Mam nadzieję, że przy następnej okazji znajdzie się jeszcze więcej produktów i może w końcu kolorówka, mimo że ją tak ciężko zużyć…
Buziaki! :*

5 lip 2012

Paznokcie na przedwczoraj.

Paznokcie na przedwczoraj.
Czyli po prostu moje paznokcie, które jeszcze 2 dni temu nosiłam. :D
Lakiery to : Jako baza Golden Rose nr. 31, Fioletowe migotki: Essence Carrie (seria Twins), Złote migotki: Essence Make It Golden.



Zmywać to później to masakra, fakt. Dlatego nie często mam takie świecidła na paznokciach, bo później całe paznockie bolą.

Znacie może jakiś dobrze zmywający się brokat?
Buziaki! :*

1 lip 2012

Połysk na włosach - Hair Manya "Bye Bye Split End"

Połysk na włosach - Hair Manya "Bye Bye Split End"
Tym razem bez słowa wstępu, bo i tak macie co czytać. :)


Ogólne Informacje :
Cena i pojemność: 65 ml, cena 66,00 zł
Dostępność: W sklepach internetowych oraz salonach tej firmy.
Co pisze producent: Fluid BYE BYE SPLIT END pozwala uzyskać połysk i jedwabistą, odczuwalną w dotyku gładkość włosów. Sprawia, że ich końcówki stają się zdrowsze, wygładza włosy, ułatwia ich rozczesywanie, zwiększa odporność na wilgotność otoczenia. Fluid ogranicza również elektryzowanie się i puszenie włosów oraz zapobiega skręcaniu się kosmyków.
Stosowanie fluidu jest proste – wystarczy nałożyć 2-3 krople na dłoń i rozprowadzić równomiernie na całej długości włosów. Kosmetyk ma bardzo lekką konsystencję, dzięki czemu łatwo rozprowadza się na włosach, a przyjemne wrażenie pozostawia  świeży zapach mango.



Skład:

Plusy:
+Nie przetłuszcza i nie obciąża: Tak jak jego poprzednik [ tutaj recenzowany ]. Zupełnie nie obciąża i nie przetłuszcza włosów. Nie są one oklapnięte, ani nie świecą się jak nieświeże. Produkt nie daje im też dłuższej świeżości, ale mi wystarczy sam fakt, że nie muszę myć moich kłaków na 2 dzień.

 +Zapach: Śliczny! Czy melonowy? Ciężko powiedzieć, bo dla każdego mango pachnie inaczej. Mi zawsze zapach kojarzy się z lodami tego owocu, które uwielbiam, dlatego też ciężko mi obiektywnie ocenić. Jednak woń na pewno jest ciepła, owocowa, słodka. Chemiczna i alkoholowa również, ale w granicach rozsądku. Kojarzy mi się z owocami wystawionymi na gorące słońce. Na szczęście/nieszczęście po nałożeniu na włosy znika zupełnie.

+Rozczesywanie: Tutaj odwołuje się do producenta. Naprawdę włosy po nałożeniu kosmetyku robią się prostsze w „użyciu”. :)

+Elektryka: Chodzi mi oczywiście o elektryzowanie na włosach. :D Rzeczywiście nabłyszczacz zapobiega elektryzowaniu się włosów, co dla mnie oznacza, że jeszcze lepiej sprawdziłby się w sezonie noszenia czapek – zimie.

+Opakowanie: Czyli coś dla estetek, takich jak ja. Jestem sroką, lecę na ładny wygląd (jeśli mowa o kosmetykach!), różne bajery. Podkreślam ten fakt kiedy tylko nadejdzie możliwość, ze względu na to, że dla mnie takie opakowanie robi się prawie równie ważne co  produkt, a dla innych może to być tylko rodzaj dodatku. No cóż, dla mnie firma Kemon postarała się po raz kolejny, bo plastik w którym mieści się płyn, wygląda bardzo fajnie. Rzuca się w oczy swoim nietuzinkowym połączeniem kolorów, a do tego niecodziennym kształtem. Nie jest tak jak większość produktów do włosów, zabazgrana na całą długość firmą produkującą.  

+Konsystencja: Pierwsze co mi przychodzi do głowy to – oleista. Bardzo podobna do znanych już olejów z Alterry. Jest może od niego ciut mniej płynna, ale w takich ilościach, że jeśli ktoś wylałby mi oba produkty na rękę, nie poznałabym.


+Atomizer: Zupełnie inny niż w poprzednim. Ten ma za zadanie wypluć na naszą rękę odpowiednią ilość płynu. Pompka jak w podkładzie. Dla mnie pomysł dobry i nawet mogę skłonić się do napisania, że lepszy niż w poprzedniku. Wole mieć coś w rękach, żeby później móc coś nakładać na włosy. Spryskiwanie naszego czerepu jakoś nie jest dla mnie tak bezpieczne, pod względem wylania odpowiedniej ilości produktu. Takie ot moje dziwactwo.


+/- Nabłyszacznie: Które nie wiedziałam gdzie umieścić. Głównym zadaniem produktu jest nabłyszczenie, Shine Factor ma prawie na maxa, a jak to jest w rzeczywistości? Dla mnie na pół. Kiedy nałożymy go na włosy, nie jest to efekt WOW, tylko dość delikatny połysk. Dlatego też bardzo wybaczcie mi brak zdjęć z włosami "przed i po", ale moim aparatem jest to nie do uchwycenia.

Minusy:
-Wydajność: Powiem Wam, a raczej napiszę, iż myślałam, że wydajność będzie większa. Na moje krótkie włosy potrzeba ok. 3 pompek produktu. Co nie jest wiele, ale liczę się z faktem, że posiadaczki włosów długich mogą być zawiedzione pod tym względem.

-Smalec: Czyli znów. Produkt aplikujemy na rękę, a następnie na włosy, przez co ręce mamy równie świecące co kłaki. Minus, ale nie powiedziałabym, że druzgocący.


-Cena: 66 zł. Ups… Kemon się ceni. W końcu musimy wziąć pod uwagę, że jest to firma fryzjerska. Nie wiem czy wydałabym tyle na kosmetyk do włosów. Nie jestem freakiem włosowym, więc dla mnie cena jest zdecydowanie za duża.

Podsumowanie:
Nabłyszczacz to produkt raczej niecodzienny. Mało osób wie o jego istnieniu. Ja sama, gdyby nie ta firma, nie wiedziałabym do dziś. Cóż mogę rzec? Kosmetyk bez wątpienia dobrej jakości, daje subtelny efekt błysku na włosach, dlatego nie dla tych, którzy chcą czegoś ekstremalnego. Zanim kupicie musicie się chwilę zastanowić czy chcecie wydawać tyle na taki „dodatek”. Wszystko zależy od waszego zasobu pieniężnego i chęci wypróbowania – bo ich nie przebije nic! :)

Buziaki. :*
Copyright © 2014 Skonfundowana Panna , Blogger