27 sty 2012

The Body Shop Czokomania.

The Body Shop Czokomania.
Jak wiecie, albo i nie, nigdy nie pisze o nowościach na rynku kosmetycznym, nie mam tego w zwyczaju. Dziś jednak to robię! :)

Zaintrygowała mnie bardzo nowa seria kosmetyków TBS – Chocomania.

Wszyscy moi bliscy wiedzą, że jestem uzależniona wręcz od czekolady, niestety – bo czekolada przecież tak tucząca i sztucznie poprawiająca humor, lub stety – bo lepsze to niż papierosy czy alkohol…

Dzisiaj produkty weszły do naszych polskich sklepów, a ich ceny prezentują się tak :

 - Body Scrub 59 zł
 - Shower Cream 19 zł
 - Mydło 12 zł
 - Body Lotion 35 zł
 - Body Butter 65 zł
 - Lip Butter 20 zł

Interesuje mnie bardzo - bo ja nie miałam jeszcze styczności z tą serią -
  • Jak z zapachem? 
  • Czy rzeczywiście jest on czekoladowy?
  • Jak bardzo czekoladowy?
Pytam ponieważ na rynku mamy wiele produktów dla czekoladocholików, jednak większość z nich tej czekolady w ogóle nie przypomina.
  • Jak jest więc tym razem? 
  • TBS się spisał, czy jego zapachy rzeczywiście są takie naturalne i możemy mieć teraz nie tylko czekoladę do jedzenia , ale i smarowania?
  • Jesteście uzależnione od czekolady, tak jak ja, i macie chętkę na ich produkty? Czy może już je zakupiłyście? 
Czekam na komentarze!
Piątkowe buziaki! :*

23 sty 2012

Historia czerownego kapturka - czyli trochę o moich włosach.

Historia czerownego kapturka - czyli trochę o moich włosach.
Tym razem luźna notka [ coś nieprawdopodobnego! ] na temat moich włosów.

Ostatnio miałam z nimi nijakie problemy i chciałam się w końcu za nie wziąć, więc jeśli chcecie poczytać co robiłam i robie ze swoimi włosami, oraz w dzięki komu i czemu nabrałam wiary w to, że może z nich coś jeszcze być, bez wracania do naturalnego koloru to zapraszam do czytania. Może i Wy zostaniecie natchnione duchem walki i zaczniecie toczyć bój o zdrowe i piękne włosy!

I etap – Chemia:
2 lata temu zaczęłam przyjmować chemie [ na szczęście w tabletkach ] , przez którą niestety wypadła mi większość włosów. Wcześniej miałam zdrowe, piękne i grube włosy – wiele osób mi ich zazdrościło, przynajmniej tak mi wmawiano. :P
Po 12 miesiącach przyjmowania chemii niestety włosy nie były już takie piękne, jednak jak twierdzi mój fryzjer, dalej nie były w złej kondycji. Nie miałam rozdwojonych końcówek, suchych włosów. Po prostu było ich mniej. Z tego też powodu, że było to na tyle wcześnie, iż zaczynałam swoją przygodę z kosmetykami nie orientowałam się jak mogę pomóc moim włosom, po za tym miałam na głowie inne zmartwienia, o wiele ważniejsze. Tak więc, moje włosy były zostawione same sobie. Chodziłam do fryzjera raz na 3 miesiące, podcinałam końcówki i raz na 3 dni myłam je zwykłym szamponem.

II etap –  Przetłuszczanie się :
Po roku od skończenia przyjmowania chemii, czyli też rok temu, moje włosy zaczęły nadmiernie się przetłuszczać, do tego stopnia, że musiałam myć je raz dziennie, było to dla mnie wielkim utrapieniem. Któregoś dnia natrafiłam na mocno oczyszczający szampon z Lush’a – Seanik. Przeczytałam parę recenzji i skusiłam się na jego kupno. Po pierwszym już użyciu byłam zachwycona efektem! Włosy były baaaardzo puszyste, uniesione, mogłam myć je raz na 2 dni, po dłuższym używaniu nawet raz na 3 dni. Stosowałam go namiętnie, patrząc co robi moim włosom nie chciałam odstąpić go na krok. Słyszałam, że takich specyfików nie powinno się używać non stop, niektórzy twierdzili, że najlepiej co 2 mycie. Jednak ja byłam mądrzejsza i myłam nim głowę dalej – i tak przez ROK.
Po pół roku moje włosy już nie zachowywały się po nim tak cudnie, ale po innych szamponach już w ogóle - wyglądały strasznie! Wszystko je obciążało, bałam się cokolwiek dotknąć, więc używałam go dalej

III etap – Farbowanie :
I tu wchodzimy z kolorem czerwonym! Wszystko zaczęło się od chny do włosów z Khadii. Na głowie wyszedł mi dość ciemny rudawy kolor. Na początku bałam się czy będzie mi w nim dobrze, czy będę się w nim komfortowo czuła. Jednak okazało się, że jak najbardziej. Chna schodziła powoli z włosów, nadchodził wrzesień.
We wrześniu wybrałam się do fryzjera, no i wtedy zaczął się prawdziwy szał – musiałam zdjąć chnę z włosów metodą dekoloryzacji, bo inaczej nic by się z nimi nie dało zrobić, a następnie fryzjerka położyła mi na nie ostrą malinową czerwień i wygoliła bok. Kiedy widziałam się w lustrze u fryzjera, z deka się przeraziłam, byłam przyzwyczajona do poprzedniej rudości i ten kolor był dla mnie o wiele za mocny. Jednak kiedy „przespałam” się z nim, obudziłam się następnego dnia rano i umyłam włosy swoim Seanikiem [ nadal ] wtedy stwierdziłam, że to jest to czego pragnęłam całe życie. :)
Niestety jak wiadomo, bądź też nie, kolory czerwone mają to do siebie, że dosyć szybko się spłukują, jeszcze przy używaniu szamponów mocno oczyszczających, kolor intensywny nie utrzyma się dłużej niż półtora miesiąca [ przynajmniej u mnie ] później zostaje nam wyblakły rudy, bez życia, który w porównaniu do naszej czerwieni jest przerażający. Tak więc zaczęłam sama farbować włosy.
Od pierwszego zafarbowania po 3 miesiącach [ tak powstrzymałam się ] farbą w piance z Wellatonu, która niestety mnie makabrycznie uczuliła i przesuszyła jeszcze bardziej moje włosy [ o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam ] Najlepsze jest, to że zeszła może po miesiącu. Tak więc zdenerwowana poszłam szukać jakiejś lepszej farby, która może bardziej się sprawdzi.
Natrafiłam na Garnier Color Naturals i tym też właśnie kolorem farbowałam włosy po raz pierwszy 2 dni temu. :)  

IV Etap – Ratowanie! :
Pomiędzy kupowaniem farby z Wellatonu, a farby z Garniera, stwierdziłam że trzeba coś z tymi moimi włosami zrobić. Wypadały mi ostatnio coraz bardziej, praktycznie tak mocno jak przy chemii. Wszystko zwalałam na stres, jednak nie widziałam swoich błędów.
Trafiłam na bloga Anwen i dzięki niej zaczęłam swoją akcje ratowania kłaków. Zauważyłam swoje błędy, dowiedziałam się co mam robić, a czego unikać. 
Okazało się, że na moje wypadanie włosów i strasznie podrażnioną skórę głowy wpływa, nie tylko stres, ale też:

- mycie włosów szamponem oczyszczającym,
- nie noszenie czapki/kaptura w jesień i zimę,
- nie używanie masek, odżywek,
- farbowanie.

Zauważyłam ile zależne jest ode mnie. Przeczytałam praktycznie całego bloga, jak postępować z moimi włosami i w tym momencie skończyłam z Seanikiem, a moja pielęgnacja wygląda teraz tak :

- Noszę kaptur [ próbuje przekonać się do czapki, jednak idzie mi to opornie ]
- 2x dziennie zażywam kapsułkę Skrzypowity [ zawsze musimy działać też od środka, najlepsze jest zdrowe odżywianie, jednak mi to ostatnio też średnio wychodzi. (Będę jednak działać w tym kierunku także!)]
- 1x wsmarowuje w skórę głowy odżywkę Jantar na hamowanie wypadających włosów i porost nowych,
- Co 2 dni myję włosy szamponem z Farmony ze Skrzypem Polnym,
- Przy każdym myciu używam odżywki do włosów farbowanych,
- Raz na tydzień przed myciem włosów, nakładam 1 godzinny kompres z oliwy z oliwek [ zdziałał cuda już po pierwszym razie na moją podrażniony skalp! ]
- Co 2 mycie, przed umyciem włosów nakładam Naftę Kosmetyczną z olejkiem rycynowym na 10-20 minut.

V etap – Co dalej? :
Dalej mam zamiar dokupić sobie jeszcze olejek z Alterr’y, ponieważ oliwę z oliwek wolałabym traktować doraźnie.
W tym momencie czekam na efekty. Moje włosy dostały dawkę uderzeniową i jak na razie widzę, że nie narzekają. Skrzypowity używam od 2 tygodni. Jantara od tygodnia, a całej reszty dopiero parę dni. Jednak widzę, już wielką poprawę na skórze głowy, która tak strasznie podrażniona, wraca do stanu normalności. Włosy zaczynają zdrowo wyglądać i zdaje mi się, że już mniej wypadają [ albo sobie wmawiam ]. 
Będę walczyć dalej!
I bardzo cieszy mnie fakt, że nie muszę rezygnować z farbowania włosów, ponieważ kiedy patrzę na brązowe farby [ brąz to mój naturalny kolor ], to aż mnie coś ściska. Za dobrze się czuje w czerwieni żeby ją opuścić. Wychodzi więc na to, że jedyne co będzie niszczyć moje włosy to regularne farbowanie, jednak postaram się też znaleźć farbę która będzie dla nich odpowiednia.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym wypracowaniem i wytrwałyście do końca. [ Jeśli tak, to gratuluje! ]
A może zagrzałam do walki z własnymi włosami? Wypowiedzcie się! 

Jeśli chcecie się dowiedzieć co możecie robić ze swoimi włosami, co jest dla nich właściwe, jakie popełniacie błędy, może o czymś jeszcze nie wiecie? To zapraszam na wcześniej wymienionego bloga Anwen. Gdyby nie ona i jej kompendium wiedzy nie wiedziałabym kompletnie „co i jak”.  I dalej płakałabym nad moimi wypadającymi włosami. Jestem pewna, że i Wam pomoże, naprawdę warto zajrzeć!



Buziaki! :*

12 sty 2012

Czarne mydło peelingujące - Alepp.

Czarne mydło peelingujące - Alepp.
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją Czarnego Mydła Peelingującego – Alepp!

[ Pozwoliłam sobie wkleić zdjęcie peelingu ze strony internetowej, z której je posiadam, ponieważ strasznie mi się spodobało. :) ]


Parę podstawowych informacji :
Cena:  19 zł + przesyłka
Waga : 150g
Dostępność : Na stronie internetowej Helfy.

Co pisze producent :
Czarne Mydło Peelingujące 150g
Czarne mydło to naturalne mydło roślinne bogate w witaminę E. Oczyszczanie i nawilżanie skóry przy jego pomocy jest istotnym elementem zabiegów w hammanie. Mydło to jest odpowiednie do każdego typu skóry, nawet skłonnej do alergii. Polecane do peelingu enzymatycznego twarzy i ciała (gommage). Doskonale oczyszcza skórę z martwych komórek, toksyn oraz zanieczyszczeń. Savon noir nie pieni się jak inne mydła. Poprzez roztarcie w rękach i aplikację na skórę powstaje delikatna i przyjemna emulsja o subtelnym zapachu oliwek. Ze względu na wysoką zawartość witaminy E wykazuje silne działanie przeciwzmarszczkowe.
Właściwości Savon noir:
-nie podrażnia bardzo wrażliwej, nawet naczyńkowej cery
-nie wysusza nawet bardzo suchej skóry
-działa jak peeling enzymatyczny
-polecane do kąpieli niemowląt i dzieci
-działa przeciwzmarszczkowo - ze względu na dużą zawartość witaminy E
-nie przetłuszcza skóry tłustej 
Skład: Olea europea oil, Lauris nobilis (Laurel) oil, Aqua, Potassium hydroxide

Plusy :
+  Skład! – Coś pięknego! ;) Same możecie zobaczyć wcześniej wypisany skład, krótki i naturalny, nic tylko skakać z radości, że nasza buzia nie dostanie w końcu żadnej chemii!

+ Konsystencja – Dość nietypowa, ale świetna. Przypomina mi trochę żele do układania włosów, ale bardziej oleiste.

+ Działanie! – Co tu dużo pisać – genialne! Wszystkie peelingi [ jak St.Ives czy Soraya ] się chowają! One nie wiedzą co to oczyszczanie, w przeciwieństwie do naszego czarnucha. :) Oczyszcza baaardzo głęboko, ładnie ściera naskórek. A kiedy spłuczemy sobie produkt z twarzy i przejedziemy po niej ręką, ta piszczy jak szyba. To co pisze producent to prawda – nie wysusza, nie przetłuszcza, nie podrażnia i działa jak peeling enzymatyczny.

+ Wydajność! – Jeden z najwydajniejszych produktów jakie miałam – starczy na wieki. Potrzeba go naprawdę bardzo mało, aby oczyścić sobie twarz. U mnie po 2 miesiącach [ale nie codziennego ] używania nie zeszło nawet ¼ opakowania.

+ Cena – Śmieszna, porównując do jakości produktu.

+ Zapach – [ więcej o nim w minusach. ]

Minusy:
-Zapach – Nie jest dla mnie minusem, jednak wpisuje go tu, ponieważ wiem, że niewiele osób lubi silną woń ropy, z którą ten kosmetyk mi się kojarzy. Ja jednak jestem baaardzo dziwna i lubię sobie czasem powąchać takie specyfiki. :)

Podsumowanie :
Znowu zostałam mile zaskoczona działaniem produktu, co mówi mi, że chyba warto sięgnąć po więcej naturalnych kosmetyków. Nasza cara na pewno nam się za to odwdzięczy. ;)  Jeśli szukacie czegoś co dogłębnie oczyści, odświeży waszą buzie, ale też zetrze stary naskórek, nie podrażniając przy tym skóry, to baaardzo serdecznie polecam Wam ten produkt, bo nawet jeśli nienawidzicie zapachu ropy, to działanie w 1000%, i jeszcze więcej, Wam to wynagrodzi. :)

A Wy? Testowałyście, macie zamiar kupić? :) Czekam na komentarze!
Buziaki! :*

8 sty 2012

Parę makijaży.

Parę makijaży.
Bardzo dziękuje Wam za duży odzew pod ostatnią notką, dzięki Wam mogę dalej spokojnie prowadzić bloga, z czego niezmiernie się cieszę!
Na dobry początek, żeby się troszeczkę rozruszać, parę moich ostatnich makijaży. :) 






Buziaki! :*
Copyright © 2014 Skonfundowana Panna , Blogger